środa, sierpnia 29, 2007

THUS SPAKE ZARATHUSTRA?



...1891
ALSO SPRACH ZARATHUSTRA

THUS SPAKE ZARATHUSTRA

A Book for All and None (Ein Buch für Alle und Keinen)

by Friedrich Nietzsche

translated by Thomas Common
PROLOGUE

Zarathustra's Prologue

1.

WHEN Zarathustra was thirty years old, he left his home and the lake
of his home, and went into the mountains. There he enjoyed his
spirit and his solitude, and for ten years did not weary of it. But at
last his heart changed,- and rising one morning with the rosy dawn, he

went before the sun, and spake thus unto it:

Thou great star! What would be thy happiness if thou hadst not those
for whom thou shinest!

For ten years hast thou climbed hither unto my cave: thou wouldst
have wearied of thy light and of the journey, had it not been for
me, mine eagle, and my serpent.

But we awaited thee every morning, took from thee thine overflow,
and blessed thee for it.

Lo! I am weary of my wisdom, like the bee that hath gathered too
much honey; I need hands outstretched to take it.

I would fain bestow and distribute, until the wise have once more
become joyous in their folly, and the poor happy in their riches.

Therefore must I descend into the deep: as thou doest in the
evening, when thou goest behind the sea, and givest light also to
the nether-world, thou exuberant star!

Like thee must I go down, as men say, to whom I shall descend.

Bless me, then, thou tranquil eye, that canst behold even the
greatest happiness without envy!

Bless the cup that is about to overflow, that the water may flow
golden out of it, and carry everywhere the reflection of thy bliss!

Lo! This cup is again going to empty itself, and Zarathustra is
again going to be a man.

Thus began Zarathustra's down-going.

2.

Zarathustra went down the mountain alone, no one meeting him. When
he entered the forest, however, there suddenly stood before him an old
man, who had left his holy cot to seek roots. And thus spake the old
man to Zarathustra:

"No stranger to me is this wanderer: many years ago passed he by.
Zarathustra he was called; but he hath altered.

Then thou carriedst thine ashes into the mountains: wilt thou now
carry thy fire into the valleys? Fearest thou not the incendiary's
doom?

Yea, I recognize Zarathustra. Pure is his eye, and no loathing
lurketh about his mouth. Goeth he not along like a dancer?

Altered is Zarathustra; a child hath Zarathustra become; an awakened
one is Zarathustra: what wilt thou do in the land of the sleepers?

As in the sea hast thou lived in solitude, and it hath borne thee
up. Alas, wilt thou now go ashore? Alas, wilt thou again drag thy body
thyself?"

Zarathustra answered: "I love mankind."

"Why," said the saint, "did I go into the forest and the desert? Was
it not because I loved men far too well?

Now I love God: men, I do not love. Man is a thing too imperfect for
me. Love to man would be fatal to me."

Zarathustra answered: "What spake I of love! I am bringing gifts
unto men."

"Give them nothing," said the saint. "Take rather part of their
load, and carry it along with them- that will be most agreeable unto
them: if only it be agreeable unto thee!

If, however, thou wilt give unto them, give them no more than an
alms, and let them also beg for it!"

"No," replied Zarathustra, "I give no alms. I am not poor enough for
that."

The saint laughed at Zarathustra, and spake thus: "Then see to it
that they accept thy treasures! They are distrustful of anchorites,
and do not believe that we come with gifts.

The fall of our footsteps ringeth too hollow through their
streets. And just as at night, when they are in bed and hear a man
abroad long before sunrise, so they ask themselves concerning us:
Where goeth the thief?

Go not to men, but stay in the forest! Go rather to the animals! Why
not be like me- a bear amongst bears, a bird amongst birds?"

"And what doeth the saint in the forest?" asked Zarathustra.

The saint answered: "I make hymns and sing them; and in making hymns
I laugh and weep and mumble: thus do I praise God.

With singing, weeping, laughing, and mumbling do I praise the God
who is my God. But what dost thou bring us as a gift?"

When Zarathustra had heard these words, he bowed to the saint and
said: "What should I have to give thee! Let me rather hurry hence lest
I take aught away from thee!"- And thus they parted from one
another, the old man and Zarathustra, laughing like schoolboys.

When Zarathustra was alone, however, he said to his heart: "Could it
be possible! This old saint in the forest hath not yet heard of it,
that God is dead!"

....

zagadka?
cdn....

"Zoroaster (Greek Ζωροάστρης, Zōroastrēs) or Zarathustra (Avestan: Zaraθuštra), also referred to as Zartosht (Persian: زرتشت), was an ancient Iranian prophet and religious poet. The hymns attributed to him are the scriptural basis of Zoroastrianism. Zoroaster is generally accepted to be an authentic historical figure."

...wiecej? cos o filozofii ZoroAstera?...:

"In his revelation, the poet sees the universe is the cosmic struggle between aša "truth" and druj "lie". The cardinal concept of aša - which is highly nuanced and only vaguely translatable - is at the foundation of all other Zoroastrian doctrine, including that of Ahura Mazda (who is aša), creation (that is aša), existence (that is aša) and Free Will, which is arguably Zoroaster's greatest contribution to religious philosophy.

The purpose of mankind, like that of all other creation, is to sustain aša. For mankind, this occurs through active participation in life and the exercise of good thoughts, words and deeds."

aša albo druj?

3,14..RP czyli arytmetyczna polityka

Pitagoras powiedział: Wszystko jest CYFRĄ...Mozna dołożyć Heraklita i wyjdzie że jest to CYFRĄ ZMIENNĄ a nie STAŁĄ...Jest więc IV RP czy jej nie ma?
Była Isza Świątynia Salomona, IIa Świątynia ,IIIej jeszcze nie zbudowano ...ale za to
była IIIa RP z ominięciem PRLu? Czyżby to było czysto arytmetycznie 2a z kawałkiem RP...Może ze względu na promień średnicy stołu w Magdalence ambicje sięgały cyfry
PI czyli rozwijajac szereg CYFROWY :pi (π) = 3.1415926535897932384626433832795028841971693993...z bardzo duża dokładnościa po przecinku :))
Oczywiście 3a RP to nie 3.14..RP ale zawsze sie kręci...;)
Zagadki pozostają ...gdzieś o drodze zapomniano o PRLu (lub wymazano z arytmetyki RP?)
Może warta jest realna zmiana na 2gą RP do drugiej potęgi ???
drf



Jarosław Marek Rymkiewicz

"... Ale z tych osiemnastu lat, które właśnie minęły, tylko ostatnie dwa lata można policzyć jako lata naprawdę wolnej Polski, bo przedtem to był tutaj jakiś pół-PRL czy ćwierć-PRL. Dlatego też nie bardzo mi się podoba, a nawet całkiem mi się nie podoba ten propagandowy pomysł przyznający tym dwóm małym kawałkom naszej historii nazwy III oraz IV Rzeczypospolitej. Nie podobają mi się te nazwy. Użycie ich było pochopną, słabo przemyślaną decyzją. Taką, która miała powodować właśnie tylko propagandowe skutki, a nie dotykała istoty rzeczy, nie wnikała dostatecznie głęboko w naszą historię. Propagandowe skutki takich przedwczesnych decyzji też zresztą bywają dość mizerne. Jeśli chodzi o to, co działo się tu w latach dziewięćdziesiątych, to nie była to żadna III Rzeczpospolita (jakże taki mąt i zamęt można w ogóle porównywać, zestawiać choćby tylko w rodzaju nazwy, z II a tym bardziej z I Rzeczpospolitą - z tym wspaniałym demokratycznym królestwem Polaków), bowiem był to właśnie jakiś ćwierć-PRL, jakiś okres przejściowy; okres, w którym historia Polaków jeszcze się wahała - co ma wykonać, w którą ma pójść stronę. Było to państwo ni to wolne, ni to jeszcze spętane jakąś władzą półjawną, półtajną, jeszcze szarpiące się ze swoimi więzami. Całkowita niejasność. Przypuszczam, że tak właśnie ocenią to nasi historycy za jakieś pięćdziesiąt czy sto lat - powiedzą, że to było coś pomiędzy, co trudno jest nazwać. Na to, że historycy będą mieli w przyszłości kłopoty z tą sprawą, wskazuje i to, że już teraz mają kłopoty z ustaleniem, kiedy właściwie skończył się w Polsce komunizm - kiedy był ten dzień ostatni i pierwszy?

Czy w czasie czerwcowych wyborów w roku 1989, czy wtedy, kiedy z Polski wyszły wojska rosyjskie, czy wtedy kiedy Polska wstąpiła do NATO? Nie nastąpiło wtedy coś takiego, jak w roku 1918, kiedy Piłsudski przyjechał z Magdeburga, stanął na peronie w Warszawie i zaczęła się wolna Polska. Jeśli zaś chodzi o IV Rzeczpospolitą, której projekt, jak pani twierdzi, jest w stanie kryzysu, to ja uważam, że nie można tu mówić o żadnym kryzysie, bowiem w stanie kryzysu nie może znaleźć się coś, co nie istnieje. Takich rzeczy, jak przyszłość państwa, w ogóle nie należy nazywać - jako że nikt nie wie i nie może wiedzieć, dokąd, w jakim kierunku pogalopuje stary białowieski żubr. Jest nonsensem nadawanie jakichś nazw przyszłości i nie należy się jej z takimi nazwami narzucać - ona kiedyś, gdy stanie się teraźniejszością, sama zaprojektuje się i nazwie. A projekty przyszłości, wszystkie, które są i były, nadają się tylko na śmietnik, bo przyszłość jest kompletnie nieprzewidywalna. Na tym właśnie polega cała przyjemność życia ziemskiego oraz jego wielki urok - że do końca nie wiemy, co nas tutaj czeka. "

http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_070825/plus_minus_a_5.html

sobota, lipca 07, 2007

777

  1. The number 7 has held a special significance at least from the time of the ancient Babylonians, who revered the 7 sacred planets.
  2. It is a crucial numeral in the Bible, as in the 7 days of the creation to the 7 petitions of the Lord’s Prayer. Catholics have 7 virtues, 7 deadly sins, and 7 sacraments. Hindus recognize the 7 chakras of the body.
  3. Brides across the world are targeting one particular day in 2007 for their wedding day – July 7 – believing that the 777 combination will give them an extra dose of marital luck. July 7, 2007 might just be one of the most popular wedding dates ever.
  4. The New 7 Wonders of the World will be announced during the Official Declaration ceremony in Lisbon, Portugal on July 7, 2007.
  5. Triple 7 (or Triple 7, Three 7s, Three 7s, T7, 777 or 7-7-7) is a common winning line in simple slot machines, as common as 3 gold bars, 3 gold bells or 3 red cherries. Being dealt three 7 cards in Blackjack is almost a sure win, as they would add up to 21. 7 is considered a lucky number in Western culture.
  6. There are 7 days in a week and exactly 7 colors make up a rainbow.
  7. Liveearth - The concerts for climate crisis solutions. Please be a part of it.

http://www.ask-oracle.com/2007/070707-is-this-a-very-special-day/

czwartek, lipca 05, 2007

God Bless America

Got bentsh Amerike

Got bentsh Amerike, land vos iskh livb.
Shtey-zhe bay ir, madrikh zay ir,
iberal laykht a shtral undz tsulib.

Fun di berg biz
tsu di preryes
biz diyamen vays mit shoym,
Got bentsh Amerike, mayn zise heym,
Got bentsh Amerike, mayn zise heym.

wtorek, czerwca 05, 2007

Rakowski ,V-ta Kolumna i Gomułka....Z jakichś zakamarków wychynęły indywidua, którym u portek rosły skrzydła



1 maja 1968 w Warszawie (stoją od lewej: J. Cyrankiewicz, M. Spychalski, W. Gomułka, J. Kępa, Z. Kliszko)



(...)

Narodziny "partyzantów"

Rozgoryczeni byli nie tylko intelektualiści. W PZPR pojawiła się grupa pokoleniowa, już z cenzusami absolwentów wyższych uczelni, także partyjnych, w której też narastało niezadowolenie z polityki Gomułki. Funkcjonowali w aparacie partyjnym, administracji państwowej, wydawnictwach, prasie. Byli ambitni, żądni karier, stanowisk. Rzeczywistość jednak układała się nie po ich myśli. Kadra partyjna i państwowa z czasów stalinowskich w większości pozostała nie naruszona. Powszechnie mówiło się o "karuzeli kadrowej". Na miejsce eksponentów październikowych przemian, tzw. trójki młodych sekretarzy KC (Jerzego Albrechta, Jerzego Morawskiego, Władysława Matwina), którzy na początku lat 60. utracili swe stanowiska, przychodzili "wypróbowani towarzysze". W wojsku odsuwano wysokich oficerów, którzy w Październiku `56 opowiedzieli się za Gomułką i informowali KC o ruchach oddziałów Armii Radzieckiej stacjonujących w Polsce. Niektórzy z nich byli pochodzenia żydowskiego. Młodzi i w średnim wieku aparatczycy, obserwując zmiany kadrowe, dochodzili do wniosku, że kierownictwu partii nie zależy na promowaniu młodych. Wprawdzie Gomułka w rozmowie z Michałem Radgowskim i ze mną w grudniu 1960 r. powiedział, że łatwiej mu się dogadać z młodymi niż ze starymi komunistami, ale w praktyce właśnie ci młodzi, często już po 30., tego nie dostrzegali. Zadawali sobie pytanie, jak długo jeszcze będą sterczeć w przedpokojach władzy.

Taka była gleba, na której wyrósł ruch "partyzantów" pod wodzą Mieczysława Moczara. Moczar nie był kondotierem ani awanturnikiem żądnym wyłącznie władzy, on artykułował oczekiwania istotnej części aparatu.

Już w początku lat 60. "partyzanci" stają się stałym tematem rozmów na szczytach władzy, choć szeroka publiczność nie jest jeszcze świadoma, że wyrasta ruch, który odegra istotną rolę w historii PRL. Ale my, w redakcji "Polityki", już wiedzieliśmy, że dzieje się coś niezwyczajnego.

W czerwcu 1962 r. RWE nadało audycje o "partyzantach" (wymieniono ich przywódców, m.in. Moczara i Korczyńskiego), którzy dążą do objęcia głównych stanowisk w partii. Audycje narobiły sporo wrzawy w aparacie. Od Kliszki usłyszałem, że zainspirowały je koła katolickie. Zaś Loga - Sowiński do inspiratorów zaliczył też "towarzyszy żydowskich", którzy, jego zdaniem, obawiali się zmian personalnych w partii.

Jakiś czas potem przyszedł do mnie pewien, już nieżyjący, politolog i mówi, że nie zamieściłem w "Polityce" recenzji ani ze zbioru wywiadów z partyzantami Gwardii i Armii Ludowej przygotowanych przez Namiotkiewicza i Roztropowicza, ani z książki Moczara "Barwy walki". A przecież byli partyzanci będą przyszłą ekipą kierowniczą w PZPR. Dlaczego nie popularyzujesz tych ludzi? - spytał.

Materiały na Rakowskiego

Późnym latem 1962 r. w kołach politycznych Warszawy głośna była sprawa Juliusza Burgina, prezesa Książki i Wiedzy, oraz jego żony Marii Wiernej, dyrektora generalnego w MSZ. Oboje byli żydowskiego pochodzenia. W drodze do Bułgarii urządzono im na granicy tzw. superrewizję, co stało się pretekstem do powołania komisji w celu zbadania sytuacji w KiW. Burginowi zarzucono, że przewozi jakieś tajne dokumenty, że popiera Harlana, obywatela RFN (to od niego, syna reżysera słynnego antysemickiego filmu "Jud Suss", "Polityka" otrzymała pamiętnik Eichmanna), który wg UB był podejrzany o szpiegostwo. Profesor Oskar Lange, wówczas wiceprzewodniczący Rady Państwa, komentując aferę Burginów, powiedział mi, że niektórzy towarzysze nie stronią od małych, parszywych prowokacji. I dodał, że kompromitując Wierną, UB chciało stworzyć uzasadnienie dla roztoczenia większej "opieki" nad MSZ, gdzie ministrem był Adam Rapacki. Nie była to jedyna prowokacja w latach poprzedzających Marzec.

W grudniu 1962 r. w paryskiej "Kulturze" ukazał się szkic "Chamy i Żydy" autorstwa bliskiego kręgom Klubu Krzywego Koła Witolda Jedlickiego. Opisując sytuację w PZPR, autor stwierdzał, że "Żydy" przystąpili do walki z Gomułką. "Chamów", tj. natolińczyków, oceniał jako ludzi uczciwych, acz agentów Moskwy. W grupie puławskiej wymienił Albrechta, Janusza Zarzyckiego, Artura Starewicza, Jerzego Morawskiego, Adama Schaffa, Langego, Andrzeja Werblana, Lucjana Motykę, Józefa Cyrankiewicza i mnie. Przepisany na przebitce artykuł ktoś rozsyłał pocztą. Politolog, który dziwił się, że nie recenzowaliśmy książek Namiotkiewicza i Moczara, powiedział mi wtedy: "Widzisz, gdybyś dał te recenzje, twoje nazwisko tam by się nie znalazło".

Trzydzieści lat później przeczytałem donos jednego z polskich dyplomatów o moim pobycie w USA, przesłany do sekretarza Gomułki Namiotkiewicza. Donos trafił oczywiście do Gomułki, który odbył ze mną 20 lutego 1963 r. niezbyt przyjemną rozmowę. "Wyście o mnie mówili w Ameryce... Nie tylko z Amerykanami, ale i w ambasadzie polskiej... W głowie wam się przewróciło...". Potem jednak wysłuchał, co miałem do powiedzenia. Od czasu powrotu do kraju, mówiłem, widzę pogorszenie się atmosfery w aktywie partyjnym. Każdy się na kogoś ogląda, kto z Gomułką, kto z Kliszką, Moczarem, Korczyńskim. Spytał, co znaczą te nazwiska. Odpowiedziałem, że coraz ważniejsze jest to, kto z kim trzyma. Przerwał mi wywód o "partyzantach": "Ci towarzysze i ja to jedno i to samo". Nie sądzę, by był szczery. Nie mógł nie wiedzieć, co się wokół niego dzieje. Gdy powiedziałem, że jestem nagabywany przez giermków od "partyzantów", bym się do nich przyłączył, znowu mi przerwał: "Dla niektórych towarzyszy artykuł "Chamy i Żydy" jest natchnieniem. My te sprawy badamy, podejmujemy decyzje, gdy mamy fakty, ale wy także mówicie anonimowo". Jak zechcecie, powiedziałem, podam nazwiska. Nie zechciał.

Mój konflikt z Gomułką obserwowali "partyzanci". Od Starewicza dowiedziałem się, że uważają Gomułkę za kunktatora: "Miał takie świetne materiały na Rakowskiego i go nie wykończył".

Urodzaj na mity

Wiosną 1963 r. nastąpił finał dyskusji, jaka za sprawą "Polityki" rozgorzała wokół książki płk. Zbigniewa Załuskiego "Siedem polskich grzechów głównych". Autor sformułował w niej tezę, że bohaterstwo żołnierza polskiego na przestrzeni ostatnich 200 lat było zawsze słuszne. Z furią atakował krytyków "bohaterszczyzny" kwestionujących celowość tych czynów zbrojnych, które nie przyniosły zwycięstwa. Zarzucał im działalność destrukcyjną, podważanie autorytetu wojska, zły wpływ na obywatelskie i patriotyczne postawy młodego pokolenia.

Z krytyką Załuskiego jako pierwszy wystąpił na łamach "Polityki" Kazimierz Koźniewski: "Lękam się, że Załuski - pisał w tekście "Grzech główny - bezkrytycyzm" - rad by nas namawiać tylko na palenie zniczów przy grobach. Tymczasem bezkrytyczne wielbienie historii własnego narodu, i politycznej, i militarnej, to prosta droga do wychowania nacjonalistycznego i szowinistycznego". Dariusz Fikus wprost zarzucił Załuskiemu endeckie poglądy. Gomułka w rozmowie ze mną przyznał, że punkt wyjścia Załuskiego jest fałszywy, niebezpieczny i trąci nacjonalizmem.

Dyskusja przyniosła nieprzewidziane rezultaty. W istocie przyczyniliśmy się do wykrystalizowania ideowego oblicza "partyzantów". Przywdziali togę obrońców niezniszczalnych wartości narodowych. Ich pomocnicy w środkach masowego przekazu zajadle atakowali bezideowców, rzekomych "szyderców z bohaterstwa, patriotyzmu". Każdego, kto opowiadał się za krytycznym stosunkiem do przeszłości, był przeciwny budowaniu kapliczek, obwoływano osobnikiem, którego polskość była podejrzana. Widać było, że ruch na gwałt tworzy sobie przeciwników.

Autorzy polemicznych artykułów posługiwali się półprawdami, kłamstwami, insynuacjami. Przeciwnicy Załuskiego, pisał jeden z nich, uważają, że "z odwoływania się do godności narodowej Polaków, pielęgnowania przywiązania do ziemi ojczystej (...) nic dobrego wyjść nie może. Dlatego też uznają za słuszne te wszystkie zabiegi, które niezależnie od prawdy historycznej gotowe są nasze dzieje ojczyste traktować jedynie jako wyraz głupoty, śmiesznego porywania się z lancą na czołgi itp.".

Wg opinii obrońców wartości narodowych wśród bezideowców prym wiodła "Polityka". W styczniu 1963 r. Moczar w rozmowie z jednym z moich przyjaciół określił tygodnik jako pismo drugoetapowe. Różnie wtedy tłumaczono tak negatywny stosunek do "Polityki". Najczęściej tym, że "partyzanci" nie posiadali pisma o masowym nakładzie, cenionego przez inteligencję i uznawanego za swoje pismo, jak "Polityka" (100 tys. nakładu). Z kolei już wtedy w środowisku partyzanckim można było spotkać się z poglądem, że istnieje grupa szkodząca Polsce, składająca się z Żydów. Do tej grupy zaliczono i mnie. ("Nie wiedziałem, że Rakowski jest Żydem, bo na niego nie wygląda", powiedział jeden z przybocznych Moczara). O Żydach jako zagrożeniu dla Polski, oczywiście socjalistycznej, w tym środowisku mówiło się wcale nie pokątnie.

Do natarcia na szyderców, bezideowców itp. włączyli się także PAX-owcy (po 1989 r. część z nich odnalazła się w ugrupowaniach prawicowo-narodowych) i "Słowo Powszechne". Bolesław Piasecki pisał tam, że naród wyrzuci szyderców na śmietnik historii.

Burzliwą dyskusję podsumował w końcu kwietnia `63 na łamach "Trybuny Ludu" Artur Starewicz, który był już wtedy sekretarzem KC. On także był obiektem ataków "partyzantów", ale rzadko wprost, wiedziano bowiem, że ma nieograniczony dostęp do Gomułki. Artykuł - konsultowany z Gomułką - zawierał krytykę głównych założeń i poglądów Załuskiego.

"Partyzantów" oraz ich harcowników spotkał zawód, ale bynajmniej nie byli przegrani. Zaistnieli przecież w świadomości społeczeństwa jako ruch narodowy, szanujący tradycje walk o niepodległość, stojący na straży godności narodowej. Jeszcze nie nastał czas na pisanie w stylu "taki to a taki vel - na przykład - Danzinger", co w `67 i `68 było już nagminne, ale antyżydowskie żądło było już widoczne. Na listę sukcesów przywódców ruchu "partyzantów" trzeba wpisać rozszerzenie wpływów w prasie, radiu i telewizji. Jeden z prominentnych działaczy tego ruchu powiedział: "My mamy czas, powoli, krok za krokiem, będziemy posuwać się naprzód. Teraz pod naszą kontrolą jest telewizja, Książka i Wiedza, przyjdzie jeszcze kolej na inne dziedziny". Przyszła w połowie 1963 r. Zlikwidowano "Nową Kulturę" i "Przegląd Kulturalny". Powstała "Kultura" kierowana przez Romana Wilhelmiego. Tygodnik z miejsca stał się tubą "partyzantów". Gomułka, choć nie popierał kierunku, który dał o sobie znać w toku dyskusji nad książką Załuskiego, nie wystąpił przeciwko nim.

Podsumowując 1963 rok w swym "Dzienniku", pisałem, że w dziedzinie ideologii i kultury ukształtowała się tendencja, którą można nazwać nacjonalistyczno - ONR - owsko-komunistyczną. I dalej: "Moczar, dzięki zręcznej propagandzie współpracowników i współwyznawców, stał się jedną z najbardziej popularnych postaci ruchu partyzanckiego w Polsce okupacyjnej. Był to rok urodzaju na wszelkie mity dotyczące przeszłości. Nagle, na naszych oczach wyrósł potężny ruch partyzancki; okazało się, że lewica w Polsce była wielką siłą. To oczywiste kłamstwo. Komunistyczny ruch podczas okupacji był mały, bez większych wpływów. Przez lata w opisach walk toczonych przez AL figurowała potyczka z Niemcami nazywana "bitwą pod Gruszką". I oto nagle bitwa zamieniła się w "wiosenno-letnią operację Armii Ludowej". Później dowiedziałem się od zaprzyjaźnionego oficera, że zdjęcie trzech czołowych przywódców partyzanckich na koniach zrobiono kilkanaście lat po wojnie w Lasku Bielańskim.

Rok 1964 przyniósł dalsze umocnienie pozycji "partyzantów". Ich eksponenci w środkach masowego przekazu, nie mówiąc już o ludziach tkwiących w aparacie partyjnym (pojawiło się wtedy określenie "sekretarze sekretarzy"), coraz wyraźniej artykułowali cele ruchu. Można było usłyszeć, że póki choć jeden "moskwiczanin" pozostanie na stanowisku, póty będzie trwał obecny stan rzeczy, tj. atakowanie ich przez "krajowców". "Partyzanci" przedstawiali się jako obrońcy i zwolennicy "krajowca" - Gomułki.

Wciąż trwały ataki na partyjnych i bezpartyjnych liberałów ze środowisk kulturalnych (tak się składało, że wielu z nich nosiło nazwiska świadczące o żydowskim pochodzeniu), nie ustawały oskarżenia o szarganie świętości. I tak przeciwko sztuce Mrożka "Śmierć porucznika", w której przedstawił historię Ordona, wytoczono ciężkie działa. Redaktor naczelny "Stolicy" Leszek Wysznacki zarzucił Mrożkowi szerzenie cynizmu, niewiarę i inne grzechy główne, po czym ogłosił dyskusję, zapraszając do udziału w niej endeków w rodzaju Teofila Sygi.

Kryzys realnego socjalizmu

"Partyzanci" rośli w siłę. Popaździernikowa euforia należała do przeszłości. Dokuczała cenzura, co stało się przyczyną "Listu 34" pisarzy do premiera Cyrankiewicza. Zastosowane wobec nich represje nie były może dokuczliwe (niewydanie książki, odmowa paszportu), ale pogłębiały krytyczny stosunek intelektualistów do ekipy Gomułki. Zenon Kliszko reagował nerwowo na każdą aluzję zawartą w eseju lub w artykule dziennikarza, mnożąc konflikty na tak newralgicznym terenie, jakim jest kultura. W PZPR przez całe lata 60. toczyły się frakcyjne spory, choć społeczeństwu głoszono, że partia jest monolitem myśli i działania.

Buntowali się studenci. Licealiści warszawscy założyli Klub Poszukiwaczy Sprzeczności. W marcu �68 ten klub uznano za wylęgarnię rewizjonistów. Ponieważ sporo chłopców i dziewcząt było pochodzenia żydowskiego, a ich rodzice zajmowali eksponowane stanowiska w partii i rządzie, to stali się ofiarami czystek, uznano bowiem, że rodzice kształtują postawy swoich dzieci i pchają je na drogę negacji wartości socjalistycznych. Gomułka, wychowany w małomiasteczkowej rodzinie, w której syn musiał szanować wolę ojca, nie był w stanie sobie wyobrazić, że poszukiwacze sprzeczności wybierają własną drogę, a ich bunt przeciwko rzeczywistości wyrasta także ze sprzeciwu wobec rodziców.

W połowie lat 60. moralno-polityczna kondycja partii była już bardzo zła. Na sytuację wewnętrzną nakładały się zjawiska zachodzące we wspólnocie państw socjalistycznych. Jesienią 1964 r. stalinowska gwardia spowodowała upadek Chruszczowa. Sekretarzem generalnym został klasyczny aparatczyk Leonid Breżniew. Wkrótce potem zaczęły się mnożyć fakty świadczące, że nawet powierzchowna i chaotyczna chruszczowowska destalinizacja była nie do strawienia na Kremlu. Jak powiedział mi w 1964 r. Lange: "Nieszczęście polega na tym, że destalinizację robią stalinowcy".

Giancarlo Pajetta, który w czerwcu 1964 r. reprezentował włoską partię na IV Zjeździe PZPR, pytany po powrocie do Rzymu o wrażenia, wyznał, że "brakowało tylko ubrania delegatów w sutanny", bowiem nad salą obrad unosiła się woń kadzideł. Gomułce, i sobie, kadzili zwłaszcza pierwsi sekretarze komitetów wojewódzkich. Nad wszystkimi w pochwałach górował przywódca śląskiej PZPR Edward Gierek. Sala była nastrojona wyraźnie antyinteligencko.

Do KC weszło sporo ludzi z aparatu partyjnego. Prawdopodobnie Gomułka widział w nich oparcie dla siebie. Wiedział, że starej gwardii - co już raz, w 1948 r., go zdradziła - nie można ufać. Lange zauważył, że na tym zjeździe nastąpiła zmiana pokoleniowa. Niestety, dodał, nie jest to zmiana na lepsze: "Na III Zjeździe w imieniu partyjnych środowisk intelektualnych występował Kruczkowski i Schaff, na IV - Lenart i Stefański".

Na rozwój sytuacji w PZPR miała wpływ sytuacja międzynarodowa. Widziałem niepewność kierownictwa i niepokój w aktywie partyjnym. Widziałem zmęczenie, bezradność i dezorientację. Z kim trzymać, kogo popierać, kto ma rację? Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że wszystko, co działo się na moich oczach w Polsce, ZSRR i pozostałych krajach wspólnoty, było przejawem powszechnego kryzysu formacji realnego socjalizmu.

"Partyzanci" byli jedyną, dynamiczną i ofensywną siłą w partii. Wiedzieli, czego chcą, i dzięki temu rosła liczba ich zwolenników. W końcu 1964 r. Mieczysław Moczar awansował z wiceministra spraw wewnętrznych na ministra. "Partyzanci" kontrolowali czułe instrumenty władzy: MSW, wywiad, kontrwywiad. Natomiast niewielkie były ich wpływy w środowisku intelektualnym. Lgnęli do nich głównie przeciętniacy, którzy nie zrobili kariery. Sfrustrowani brakiem perspektyw, uważali się za niedocenionych, a winą za to obarczali kierownictwo PZPR, które według nich nie tyle zastygło w dogmatach, ile kurczowo trzymało się stanowisk. W marcu �68 z tego środowiska wypłynęli faceci, których publikacje opierały się na materiałach dostarczonych z Rakowieckiej.

W 1964 r. Moczar, partyzant z GL, choć nie aż tak zasłużony, jak wtedy przedstawiano, został prezesem ZBoWiD-u i przystąpił do budowania mostu porozumienia pomiędzy b. członkami AL, BCh i AK. Głosił, że każda działalność partyzancka zasługuje na uznanie. Wiele mówiącym gestem było wybranie legendarnego "Radosława", dowódcy największego ugrupowania AK w Powstaniu Warszawskim, na wiceprezesa ZBoWiD-u. Właśnie z inicjatywy Moczara nastąpiła zmiana polityki wobec ludzi tej formacji. Nie jestem obrońcą Moczara, nie zamierzam pomniejszać jego odpowiedzialności (może współodpowiedzialności?) za to, co przeszło do historii jako Marzec `68. Niezależnie jednak od motywów, które nim kierowały, podjął wtedy ważną sprawę narodową i ludzką. (...)


Wypuszczenie diabła z butelki

5 czerwca 1967 r. Izrael przystąpił do działań wojennych przeciwko Egiptowi. Była to odpowiedź na zamknięcie przez Nasera dla statków izraelskich zatoki Akaba. ZSRR i jego socjalistyczni sojusznicy stanęli po stronie Nasera. Wojna po siedmiu dniach zakończyła się klęską armii egipskiej. Ta tocząca się daleko od nas na pustynnych piaskach wojna miała tak ogromny wpływ na sytuację wewnętrzną naszego kraju. Reakcja opinii publicznej na sromotną porażkę Egiptu była zróżnicowana. Jedni nie ukrywali zadowolenia, że "ruscy" Arabowie dostali w skórę, że sprzęt wojskowy dostarczał im ZSRR, więc faktycznie przegranymi byli Rosjanie. Inni zaczęli poruszać struny antysemickie. MSW informowało Gomułkę o radosnej aprobacie dla Izraela w niektórych redakcjach warszawskich. Powiedziałem wtedy do jednego z przyjaciół, że przypomina to uzbrajanie rakiety, która w pewnej chwili wystrzeli.

20 czerwca 1967 r. na kongresie związków zawodowych Gomułka wygłosił przemówienie o sytuacji na Bliskim Wschodzie, w pełni angażując się po stronie Arabów. Ale nie to było najgorsze. Powiedział, że agresja Izraela na kraje arabskie spotkała się z aplauzem w syjonistycznych środowiskach Żydów-obywateli polskich, i w związku z tym przypomina, że "nigdy nie czyniliśmy przeszkód obywatelom narodowości żydowskiej w przeniesieniu się do Izraela, jeśli tego pragnęli". Stwierdził też, że "nie możemy pozostać obojętni wobec ludzi, którzy w obliczu zagrożenia pokoju światowego, a więc i Polski" opowiadają się za agresorem, za burzycielami pokoju i imperializmem. Niech ci, mówił, którzy odczują, że słowa te skierowane są pod ich adresem - niezależnie od narodowości - wyciągną z nich właściwe dla siebie wnioski. I dodał: "Nie chcemy piątej kolumny w Polsce". Sala nagrodziła go burzliwymi oklaskami. W tekście przygotowanym do publikacji wykreślił to nieszczęsne zdanie o "piątej kolumnie". Loga-Sowiński, nie wiedząc o tym, wykrzyknął: "Kto śmiał ocenzurować Gomułkę!".

W następnych tygodniach Gomułka nieraz wracał do tego przemówienia, mówił, że pisał je w nocy, w pośpiechu. Widocznie czuł, że wypuścił diabła z butelki. Starewicz powiedział mi, że to wyjątkowy przypadek, że Gomułka uważa za celowe tłumaczenie się z tego, co powiedział.
Z wolna, prawie niepostrzeżenie, zaczynała się rewolucja kadrowa. To latem 1967 r. rozpoczął się Marzec `68. W niektórych fabrykach pojawiły się rezolucje domagające się usuwania ludzi ze stanowisk.

Z rozmachem czyszczono kadrę oficerską. Jak wykańczano ludzi, pokazuje przykład gen. Czesława Mankiewicza, dowódcy Wojsk Obrony Przeciwlotniczej. Rozpuszczono pogłoskę, że jego żona brała udział w libacji w redakcji "Przyjaciółki" dla uczczenia zwycięstwa Izraela. Pogłoska poszła w lud, tj. do korpusu oficerskiego. Zaczęły rozlegać się głosy żądające usunięcia Mankiewicza. Ten udał się do Kliszki i domagał się od kierownictwa partii zajęcia stanowiska. Biuro Polityczne orzekło, że wprawdzie plotka nie opiera się na żadnym fakcie, ale w zaistniałej sytuacji są tylko dwa wyjścia: przeciwstawić się całemu korpusowi oficerskiemu albo zwolnić Mankiewicza. Wybrano to drugie.

Zwalniano z wojska i usuwano z partii wielu wyższych oficerów. Zastępcę generała Kuropieski płk. Hofmana usunięto za to, że jego syn (lat 23) rzekomo udał się przed ambasadę izraelską, by wyrazić swą sympatię dla Izraela, co było nieprawdą. Kilku oficerów usunięto za organizowanie frondy przeciwko Spychalskiemu, bo i taka miała miejsce. Latem `67 usunięto z wojska 150 oficerów. Na zwolnione stanowiska przychodzili oficerowie z innego już nadania.

Rewolucja kadrowa objęła także aparat partyjny. Żonę Antoniego Alstera, który po Październiku `56 został wiceministrem spraw wewnętrznych i w kilka lat później na znak protestu przeciwko metodom stosowanym przez Moczara, ustąpił, usunięto z partii, ponieważ na zebraniu partyjnym wyraziła obawę, czy to, co powiedział Gomułka na kongresie związków zawodowych, nie wzbudzi antysemityzmu. Jesienią 1967 r. na plenum Komitetu Warszawskiego Stanisław Kociołek podał, że za objawiane sympatie proizraelskie usunięto z partii 30 osób pochodzenia żydowskiego, 50 przesunięto na niższe stanowiska, a 250 osób ma sprawę w Komisji Kontroli Partyjnej.

Klimat dla czystki tworzyła prasa. Można było odnieść wrażenie, że Izrael jest największym zagrożeniem dla pokoju światowego i Polski. W końcu czerwca wybuchła sprawa Wiesława Górnickiego. Po zerwaniu przez Polskę stosunków dyplomatycznych z Izraelem Górnicki (wówczas korespondent PAP w Nowym Jorku) na ręce redaktora naczelnego "Życia Warszawy" Henryka Korotyńskiego przesłał depeszę, w której protestował przeciw tej decyzji. Korotyński przekazał ją do kierownika Biura Prasy KC Stefana Olszowskiego. Ten sporządził notatkę dla kierownictwa, w której zawarł sugestię, że Górnicki być może nosi się z zamiarem wybrania wolności. Było to oczywiste pomówienie.

W sierpniu wyciągnięto sprawę encyklopedii, w której znalazło się zdanie: "w obozach zagłady zginęło 99 proc. Żydów i 1 proc. Cyganów". Autorzy tej noty dokonali podziału hitlerowskiego systemu ludobójstwa na obozy zagłady i koncentracyjne, w których zabijanie było jakby "produktem ubocznym". No i zaczęło się. Wpierw ukazały się pełne oburzenia artykuły w "Stolicy" i "Życiu Literackim". Potem zaczęto mówić o niecnym żydowskim lekceważeniu Polaków. W pewnej chwili włączyło się do akcji MSW. Redaktorzy byli przesłuchiwani przez oficerów z Rakowieckiej. Policyjna akcja została zahamowana, ale KC powołał komisję do zbadania tej sprawy. Dopiero potem rozpędzono całe kierownictwo PWN.

To, co działo się w Polsce po wojnie izraelsko-egipskiej, było dla wielu niezrozumiałe. Pojawiły się różne interpretacje. Jedni twierdzili, że to walki na górze, inni, że to Ruscy naciskają, jeszcze inni, że Moczar i jego drużyna podążają do władzy. Ale była i druga strona medalu. Nagle pojawili się ludzie mający pełną gębę bogoojczyźnianych frazesów, wygłaszający wzniosłe tyrady o polskim partiotyzmie. Z jakichś zakamarków wychynęły indywidua, którym u portek rosły skrzydła. Nadszedł ich czas.

Archiwum bloga

Współtwórcy